Pojazdy serwisuje:



Ruminia 2009

Rumunia, Romania... kraj w którym się zakochałam od pierwszego usłyszenia. Kraj, który podsycał niecierpliwe zauroczenie zdjęciami i opowieściami znajomych, którzy tam byli. Kraj, który mnie rozkochał w zeszłoroczne wakacje. Rozkochał małymi wioskami, ciepłymi porankami, bajecznymi widokami, przesympatycznymi ludźmi, prostotą, pysznym jedzeniem, zapachami, drogami... Rozkochał wszystkim.

Wyjeżdżając w piękny sierpniowy wieczór z Rumunii obiecałam sobie, że jeszcze moja noga tu postanie i to nie raz.


Znałam Rumunię lokalną, prowincjonalną. Cichą, spokojną, z leniwym pobzykiwaniem pszczół i sympatycznym pobekiwaniem baranków na stokach. Znałam puste drogi, na których więcej było owiec, krów i bryczek niż samochodów.
Ludzie spacerowali wzdłuż drogi tak swobodnym i lekkim krokiem, jakim może kroczyć tylko ktoś, kto nigdzie się nie śpieszy i nie przejmuje się, że ma do przemierzenia na własnych nogach dobre kilkadziesiąt kilometrów. Trawę kosi się tu nadal kosą, owce wypasa na stokach mieszkając w leśnych namiotach, sklepy w wioskach otwiera się na żądanie a najpopularniejsze rumuńskie piwo uważane jest za luksus. Asortyment ogranicza się do własnoręcznie wyhodowanych warzyw i owoców, chleba oraz tajemniczego piwa zamykanego w plastikowe litrowe butelki. Pasterze chętnie zagadują i pokazują różne tajemnicze symbole rękami w zamian z piwo lub papierosa, nie przejmując się zupełnie różnicami językowymi. Monastery i kościoły stoją otwarte na oścież i nie ma w nich strażników czy pobieraczy opłat. Przy drogach handluje się cebulą lub miotłami robionymi na miejscu. Dzień trwa długo, leniwie i cierpliwie. Czas na prowincji nie ma żadnej mocy sprawczej.

Z większych miast znałam przedmieścia odległe od centrum, na których nadal królowały bryczki zaprzężone w wychudzone konie lub osły oraz przerdzewiałe i zapakowane pod korek Dacie model 1013.

Przejechałam zachodnią część Rumunii od północy po południe grzbietami górskimi i drogami, których nie ma na mapach. I taką Rumunię znałam, dziką i niedostępną.
Ta podróż niosła mi zapowiedź spokoju, wypoczynku i przygody. Trafiłam jednak do innej Rumunii.

Mówią, że Rumunia jest pełna sprzeczności, bieda koło luksusów, bryczki parkujące koło mercedesów. Miasta bogate, wsie zabiedzone. Z racji pogody jedynymi drogami, jakimi mogłam się poruszać były drogi krajowe i to najlepiej zaznaczone na mapie na mocny czerwony  kolor. Oznaczało to, że podróż ta będzie z miasta do miasta.

Początek był spokojny, z powolną krętą drogą wśród ośnieżonych szczytów, szemrzącymi potokami i śniegiem rozpuszczającym się na słońcu. Z każdym kilometrem ubywało go i robiło się coraz cieplej. 3 dnia wąskie i kręte drogi doprowadziły mnie do Bukaresztu.

Już o 8 rano stanęłam w przeogromnym korku, na samym wjeździe był wypadek. Stały 4 karetki, 5 radiowozów droga zablokowana w obie strony. W normalnym mieście każdy cierpliwie by stanął na swoim pasie i czekał na swoją kolej od czasu do czasu utyskując pod nosem... ale nie w Rumunii. Ludzie z 3 pasów zrobili sobie 5, trąbiąc i krzycząc taranowali własnymi Daciami drogę do przodu. Część zostawiła otwarte samochody i poszła oglądać wypadek, a policja... tak na prawdę nie wiem co robiła, bo ani ruchem nie sterowała, ani nie przeganiała gapiów, była po prostu i zajmowała jeden z wolnych pasów.

Przejechanie 600 m trwało tylko 45 minut wśród napierających z każdej strony samochodów, którzy trąbiąc dosłownie taranowały sobie drogę naprzód. Kierowcy z głupawym uśmiechem machali rękami jakby to było usprawiedliwienie, że wpychają się przed ciebie na beszczela. W żadnym ale to absolutnie żadnym polskim mieście nie widziałam takiej chamówy jeśli idzie o kierowców. I niech gadają, ale Wrocław czy Warszawa to szczyt kultury przy kierowcach z Bukaresztu. Jak łatwo się domyśleć ze strony wjazdowej i wyjazdowej sytuacja wyglądała tak samo. Sprawy nie ułatwiał fakt, że zarówno na wiadukcie, pod nim, jak i na pasach dojazdowych stały zaparkowane samochody. Po mozolnym przebiciu się przez zakorkowaną część myślałam, że teraz będzie tylko lepiej. Znaleźć hotel, umyć się, przebrać po nocnej jeździe, zjeść śniadanie i ruszyć na podbój Bukaresztu. Jakże to płonne były nadzieje.  Pierwszy hotel wg. nawigacji okazał się szczerym polem ze zbitymi z dykty i patyków domkami. Drugi okazał się ogrodzoną słupkami i taśmami ruderą do której żeby wejść trzeba było cofnąć się na recepcję do centrum miasta i wziąć do niej klucze. Pod 3 adresem znajdował się super market PENNY i w zasięgu wzroku nie udało mi się zlokalizować nic co miałoby nazwę hotel (po 2 adresie przestałam się spodziewać, że budynek będzie w jakikolwiek sposób przypominał coś co można nazwać hotelem). Tabliczek z nazwą ulic czy numerów nie uświadczysz więc wnoszę, że każdy mieszkaniec Bukaresztu zna swoje miasto jak własną kieszeń. Pominę już fakt, że nawigacja do wszystkich 3 adresów prowadziła przez samo centrum miasta, które okrążyłam i przejechałam w poprzek z 15 razy uważając na:
- samochody zaparkowane na: rondach, przejściach dla pieszych, wysepkach, prawych pasach i w każdym możliwym miejscu dla mnie niepojętym(w Bukareszcie nie ma ani jednego wolnego prawego pasa, wszyscy robią sobie z niego parking skręcając bez żadnej zapowiedzi, najlepiej w sposób: zahamować w ostatniej chwili i skręcić tak gwałtownie żeby co najmniej 5 samochodów za tobą wykonało gwałtowne hamowanie połączone z szaleńczym trąbieniem, błyskaniem światłami i przeklinaniem.
- pieszych: wybiegających bez rozglądania się na środek 3 pasmowej ulicy, łażących po środku ruchliwego skrzyżowania i przepychających bagaże lub wózki, sprzedających gazety czy buty lub żebrzących z dziećmi lub psami.



Światło zielone wcale nie daje ci przywileju przejazdu bo zawsze zanim zdążysz ruszyć ze świateł co najmniej 5 samochodów wepchnie ci się przed maskę z podporządkowanej i zatamuje ruch w obie strony. Czerwone dla lokalesów wcale nie jest jakimś ograniczeniem, zawsze można skrócić sobie drogę i skręcić na czerwonym z torowiska.

O godzinie 15 byłam wściekła, zmęczona, głodna jak wilk a od ciągłego wysłuchiwania klaksonów rozbolała mnie głowa. Przy pierwszym wolnym miejscu parkingowym załatwiłam takie rzeczy jak bankomat i farmacia i uciekłam z podkulonym ogonem z tego miasta. Byle uciec stąd jak najdalej, i trudno kiedy indziej zobaczę muzeum szklanych ikon, łuk tryumfalny czy starówkę. Miałam dość, dość, dość.... upału, klaksonów, wpychania się innych samochodów. Tak dla miasta, ale nie samochodem... może innym razem, może metrem, może jak będzie siarczysta zima i może jak poprzebijam w 3/4 samochodów opony.
Miałam wrażenie, że w tym mieście ludzie nie pracują tylko parkują, tworzą korki lub biegają po ulicach.

Miasto tymczasem nie pozwoliło mi o sobie zapomnieć, wyjazd zajął mi kolejne 3 godziny, przez remont drogi zrobili ruch wahadłowy o odcinkach 7-10 km. Jako że nie wszystkim chciało się czekać najpierw lokalesi zaczęli sobie skracać drogę niewykończonym poboczem. Pierwsze 20 samochodów przemknęło po prawej stronie, następne mknęły pod prąd lub lewym poboczem. Kulturalnie czekający się wkurzyli i wśród jak mniemam obelg siarczyście rzucanych w stronę spryciarzy zaczęli przestawiać pachołki oddzielające budowane pobocze w jego poprzek tak by następni nie mogli przejechać. Następni natomiast albo jeździli slalomem miedzy nowymi przeszkodami albo zaczęli jechać wzdłuż pobocza zwykłym polem. Podczas uroczego stania w korku pojawiły się dzieci umorusane niemiłosiernie i żebrzące o pieniądze oraz piesi sprzedawcy towarów typu: 6 szklaneczek z CRISTAL za jedyne 10 euro za komplet.
Po tym przeuroczym dniu stwierdziłam, że:
- nigdy już nie będę narzekać na korki w swoim mieście,
- Rumuni to samobójcy i już się nie dziwię, że co 5 minut żegnają się patrząc w niebo,
- przepisy są jedynie sugestią, której to ABSOLUTNIE NIE musisz się trzymać,
- wyprzedzanie przez lokalesa z prędkością 70 km/h na podwójnej ciągłej  radiowozu kończy się tym, że radiowóz zacznie zjeżdżać w lewo by zepchnąć lokalesa,
- parkować można wszędzie a najlepiej w takich miejscach by zablokować możliwie jak największą liczbę samochodów,
- handlowanie na głównych ulicach i skrzyżowaniach jest bezpiecznym i szybkim zarobkiem,
- przepychanie wózków i innych gratów przez ruchliwą ulicę jest czymś jak najbardziej normalnym,
- NIE ma pobocza, to prawy pas dla tych co wloką się z prędkością 80-90 km/h. Jeśli bezczelnie jadą zwykłym pasem należy ich strąbić, oślepić długimi a jeśli to nie pomoże wyprzedzić ich z prawej strony poboczem prawym pasem.


Aż się chce krzyknąć z uśmiechem na ustach; HAI ROMANIA!


Tutaj cała galeria

Używamy plików cookies w celu ulepszenia naszej strony internetowej. Możesz zmienić ustawienia zapisywania plików cookies w przeglądarce. Pliki cookies wykorzystywane do istotnego działania strony zostały już ustawione.

Akceptuję pilki cookies z tej strony.

EU Cookie Directive Module Information