Pojazdy serwisuje:



Paryż 2009

Wyjazd do Paryża wypadł szybko i niespodziewanie.
Z nową energią i zapałem towarzyszącym mi zawsze w podróży, naładowana stereotypami, z aparatem przy boku ruszyłam w długą, monotonną i męczącą podróż. Jazda non stop przez 1600 km wzdłuż ciemnych pól z winogronami, to żadna frajda. Ale cel uświęca środki. Choć już kilka razy spędzałam prawie dobę w samochodzie, nadal nie umiem i nie potrafię się do tego przyzwyczaić. Podziwiam zawodowych kierowców spędzających długie godziny w jednej pozycji z wiecznie napiętą prawą nogą, wzrokiem wbitym w jeden punkt, śledzący migotające pasy na jezdni.


Do Paryża wjechałam o 22, jako że lubię być choć minimalnie przygotowana do podróży miałam spisane 3 hotele, w których nocleg nie przekraczał ceny 55 euro za noc. Jazda przez Paryż, nawet o tej porze okazała się wyzwaniem. Wąskie uliczki pozastawiane ciasno samochodami, brak parkingów czy miejsca by przystanąć i spytać się o drogę. Choć dość szybko zorientowałam się, że Francuzi albo nie rozumieją angielskiego albo odpowiadają po francusku. Mimo tego są bardzo przyjaźnie nastawieni i starają się pomóc jak potrafią.

Niestety dwa hotele z mojej listy miały inne ceny niż podane w internecie, a po dobowej podróży człowiek marzy by się wykąpać i położyć. Słysząc ceny 135-150 euro za noc można się podłamać i zapragnąć szybkiej ewakuacji z miasta, zwłaszcza że ceny nijak nie były adekwatne do oferowanego standardu. Kolejnym problemem okazał się brak parkingu, który umożliwiłby pozostawienie w bezpiecznym miejscu samochodu. Zapomnijcie o szerokich europejskich placach przed hotelami, do których przywykliście choćby w Polsce. W Paryżu nie ma przed hotelami choćby miejsca wolnego na rower. Jeśli jesteście choćby większym od malucha samochodem - macie problem. Pomijam fakt, że głównym znakiem drogowym Paryża jest zakaz postoju i parkowania traktowany przez mieszkańców jako element wystroju.

Robiło się coraz później, zmęczenie jak to zwykle bywa spotęgowało się przy celu podróży. Radosne niecierpliwość ostatnich kilometrów do przejechania zmieniła się w rozdrażnienie.

Trzeba było posiłkować się listą hoteli z nawigacji licząc, że w końcu psim swędem uda się dotrzeć do niedrogiego i w miarę przyzwoitego hotelu. Jak zawsze w takich chwilach poziom wymagań redukuje się do dwóch opcji: ciepła woda w kranie, niecieknący dach. Nawigacja prowadziła  przez dziwne i szemrane dzielnice Paryża. Nieświadomie przejeżdżałam przez uliczki lasku Bulońskiego podziwiając okoliczny element wystający na rogach. Nie powiem, "Panie" które tam stały wykazywały wiele odwagi. Ja miałam serce na ramieniu na każdych światłach. W końcu koło godziny 12, skręcając w złą ulicę objawił się napis HOTEL. Nazwa co prawda mocno na wyrost, ale po dogadaniu się z właścicielem za pomocą klienteli okolicznej kawiarni i usłyszeniu ceny 50 euro za noc, byłam wniebowzięta.

Wdrapałam się na kręte i strome schody pierwszego piętra, obejrzałam pokój. Spora łazienka, dwa mikre łóżka, dziwny zapach indyjskich przypraw unoszący się w powietrzu z kuchni na parterze. Ciepła woda była, wystarczy.

Po prysznicu naszła mnie refleksja odnośnie Paryżan. Mimo, że nikt z obsługi nie znał angielskiego bez problemu się dogadałam. Przez cały czas poszukiwań ludzie starali się jak mogli mi pomóc. To od razu przypomniało mi sytuacje z Rumunii, tam też ludzie starają się pomóc mimo różnic językowych. W ogóle miasto, zabudowa, sposób jazdy i parkowania, ludzie... to wszystko mocno przypominało mi Bukareszt.



Później przekonałam się, że podobieństw jest więcej, a pozytywne nastawienie ludzi jest zaraźliwe. Tak, że wchodząc do sklepu naprawdę szczerze i z zapałem samemu zaczyna się mówić: Bonjur i Merci.

Pierwszy dzień zaczęłam od krótkiego rekonesansu miasta i od razu nauczyłam się, że parkowanie polega na pozostawieniu samochodu byle gdzie na światłach awaryjnych.
Miejsc do parkowania nie ma i nawet nie ma co liczyć na takowe a patrząc, że tym sposobem parkuje połowa ludzi - nie ukrywam, sposób mieszkańców ułatwiał zwiedzanie.
Zwiedzanie Paryża obowiązkowo trzeba rozpocząć od standardowego śniadania Paryskiego.
Bagietka, masło, dżem, kawa i sok pomarańczowy.
Nie pamiętam kiedy coś mi tak smakowało, a sam smak bagietki będzie mi się śnił po nocach. U nas takich nie ma. Twarda chrupiąca skórka, delikatny i nienapompowany sztucznie miąższ. To nijak nie przypominało spuchniętych i gąbkowatych bagiet jakie mamy w sklepach.

Z zaplanowanego zwiedzania wypadły mi 2 punkty ale okazało się, że poruszanie się po Paryżu zajmuje mnóstwo czasu, zwłaszcza samochodem.

Jednak nie odpuściłam sobie wieży Eifla, katedry Notre-Dam i Mulin Rouge. Ten ostatni najbardziej mnie rozczarował. Na fasadzie wymieniano właśnie plakaty, a główne wejście było zastawione samochodami (co nie powinno mnie dziwić).

Pod wieczór postanowiłam zwiedzić okolicę hotelu, nie za daleko bo robiło się ciemno, a całkiem niedaleko był ten nieszczęsny Lasek Buloński. Okolica okazała się CUDOWNA, okazało się, że uliczki rozchodzące się promieniście od hotelu to istne jedzeniowe ELDORADO!
Na przestrzeni 200 metrów upchane jeden obok drugiego były malutkie sklepiki takie jak piekarnia, sklep z wędlinami, z serami, owocami morza, cukiernia i inne z mydłem i powidłem.
Wiele bym dała by móc mieszkać w takiej okolicy.
Rano wstać, pójść po świeże bagietki, w następnym sklepie dokupić wędlinkę i ser, po drodze kupić gazetkę i usiąść w kawiarni i napić się kawy.
Zauważyłam, że tam na każdym kroku są małe kawiarenki, otwarte już od wczesnych godzin porannych, a Paryżanie mają w zwyczaju od kawy w takich miejscach zaczynać dzień. To takie urocze i widać, że im się naprawdę nie śpieszy nigdzie. Widać to po sposobie jazdy kierowców, po tym jak ludzie chodzą i jak się zachowują. No rush.

Po wieczornych zakupach i krótkim spacerze poszłam spać nasycona atmosferą miasta.
Jednak długa jazda, późne znalezienie hotelu, wczesna pobudka i nadmiar wrażeń spowodowały swoje.
Następnego dnia zrobiłam sobie spaniowe święta, wstałam późno i poddając się atmosferze zasiadłam do Paryskiego śniadania. Napełniona nowymi siłami, ruszyłam w ostatni spacer. Teraz już nastawiona na lokalny folklor z dala od turystycznych szlaków.

Paryż mnie urzekł i zaczarował, mogłabym tam mieszkać. Szkoda, że język tak dziwnie nieprzystępny. Może urzekła mnie temperatura +11 w grudniu, może zapach kawy spowijający uliczki o poranku, może niedbała opieszałość i ostentacyjna powolność Paryżan.

Wiem na pewno, że jeszcze tu wrócę. Dla mnie to zachodni Bukareszt a Bukareszt to wschodni Paryż.


Tutaj cała galeria


Używamy plików cookies w celu ulepszenia naszej strony internetowej. Możesz zmienić ustawienia zapisywania plików cookies w przeglądarce. Pliki cookies wykorzystywane do istotnego działania strony zostały już ustawione.

Akceptuję pilki cookies z tej strony.

EU Cookie Directive Module Information